Piątek.
Hura.. To chyba jedyny dzień w tygodniu, którego nie znoszę. Masa
lekcji potem jakieś zajęcia gdzieś tam. W ogóle po co ja na nie
chodzę? Przecież japoński mam opanowany do perfekcji. W sumie to
nie wiem po co się go uczę.. Może dlatego że zawsze miałem
słabość do Japonek? Raczej szanse, że tam pojadę są marne
chociaż... na koncie w sumie mam niezłą sumkę więc jak by się
uprzeć.. to warunki mam sprzyjające. Mój ojciec jest politykiem.
Dokładnie nie wiem czym się zajmuje bo nigdy mnie to nie
interesowało. Zresztą i z wzajemnością. Zastanawiam się czy w
ogóle wie jak się nazywam.. hmm w każdym bądź razie sporo
zarabia. Moja mama < święcie przekonana, że jestem pomocnikiem
szefa kuchni> jest ambasadorką. Dokładniej rzecz ujmując
australijską ambasadorką we Włoszech. Kobieta sukcesu. Nie widuję
ich w domu, można by powiedzieć, że wracają tylko na noc.
Obydwoje są dziani więc problemu z kasą nie mam. Szczerze
powiedziawszy trochę sie brzydzę używać swojej karty debetowej.
To w sumie pewnego rodzaju bunt. Konto jest połączone z kontem
starszych < choć do tej pory nie mam pojęcia jak Sarah czyli
nasza gosposia dokonała tego cudu i załatwiła mi je> No cóż..zboczyłem z tematu. O czym to ja? Ach tak! Japoński. Co
prawda to nie francuski ale może kiedyś wyrwę na to jakąś laskę.
Za
przeproszeniem, pierdole nie wstaje.W końcu co za różnica i tak
się nikt nie przejmie jak sobie odpuszczę dziś szkołę.
-
Bel! Bel! Belphegor! - Oho ciekawie się zapowiada - Wstałeś już?
Proszę otwórz.
I
właśnie dlatego zamykam swój pokój. Moja starsza siostra. To w
sumie bardzo interesujące stworzenie. Jej "magicznymi"
zdolnościami jest wyszukiwanie jakby radarem w miarę ciekawych
rzeczy a potem gdy już je namierzy giną bezpowrotnie. Wystarczy
chwila nie uwagi. Już dawno pożegnałem się z dwoma bluzami,
koszulką, ulubionym krawatem, i dwoma egzemplarzami mojego
ulubionego czasopisma. I tak, macie racje, jedynymi wyrazami
występującymi w tej gazecie są dwa słowa tytułujące magazyn.
-
Bel!!
Ech
chyba jednak muszę się podnieść z łóżka.
- Czego?
- O..
a ty nie ubrany jeszcze? Nie idziesz do szkoły? Źle się czujesz? A
może przynieść ci herbatkę?
I ja
mam wierzyć, że po to przyszła.Widać było, że ma mnie dogłębnie
w dupie. Ech Airi nigdy nie była bezinteresowna. To chyba
rodzinne.
- To co niby mam ci pożyczyć?
-
Doobra masz mnie.. Słuchaj, robimy dziś w szkole taki projekt a ja
o nim zapomniałam.. udostępnił byś mi swoją kamerę?
STOP!
Nie wierzę własnym uszom. To się po prostu nie dzieje na prawdę.
Czy ona właśnie poprosiła mnie, żebym oddał dobrowolnie w jej
paskudne ręce swoje dziecko? Mój największy skarb. Moją świętość?!
-
Zapomnij..
- No
Bel!
- Nie
i do widzenia!.
Wypchnięcie
jej z pokoju to żaden wyczyn. Tyczka, tak można ją określić. Nie
dość że wysoka to jeszcze sama skóra i kości. Ogólnie
rzecz nazywając nienawidzę jej. Jest taka sama jak reszta mojej
rodzinki.
Stanie
co rano na przystanku nie przeszkadza mi. Większość ludzi narzeka
że to się bus spóźnia albo że nie ma miejsca w autobusie.
Jest mi to obojętne. Wole komunikację miejską o wiele bardziej niż
bujanie się po mieście w czarnym Mercu za kilkanaście
tysięcy patoli. Będąc pośród ludzi takich jak ja nie czuje się
ani trochę inny. Robię to samo co oni. Stoję najzwyczajniej na
przystanku. Tyle wystarczy dla mojej świadomości. "Nie jestem
jak moi starzy" to moja mantra. Zawsze ją powtarzam kiedy
robię coś zwykłego, normalnego. Choć można powiedzieć że ten
autobus to akurat moja przykrywka. Jest 7.43 wiec za dwie minuty
powinna już być. Tak, tak chodzi o dziewczynę. Rzecz jasna
nie byle jaką. Uroczą blondyneczkę o włosach długich aż do
kostek. Przeważnie chodzi w grubym warkoczu, upiętym wysoko i zwiniętym tak ażeby włosy nie przekraczały granicy pupy. Czasem
się zastanawiam dlaczego po prostu ich nie zetnie skoro tak woli..
ale potem i tak dochodzę do wniosku ze chyba bym ją zadźgał gdyby
to zrobiła. Ta długość imponuje a jeśli dodasz do tego, że
dziewczyna jest niższa ode mnie z jakieś 15 cm gdzie ja mam 189 cm
to jeszcze bardziej. Ogólnie nie należę do nieśmiałych
ludzi ale kiedy zawsze chce podejść przyjeżdża mój autobus. A
chwile później, jej. Taa zawsze przychodzi o 7.45 a o 7.48 ma
autobus. Jeździ ósemką na Stare Przedmieście. Ja niestety jadę w
zupełnie inną stronę i dlatego mogę sobie tylko stać po drugiej
stronie ulicy i obserwować.
Dziś
chyba jednak nie jest mi dane zobaczenie mojej perełki. Trudno, może
jest chora albo też nie chciało jej się iść. Nie ma ludzi,
którzy by choć raz nie poszli do szkoły.
Szkoła
jak szkoła zwykłe miejsce dla szarych ludzi. Miejsce gdzie
nauczyciele zamiast pomóc ci się rozwijać każą myśleć
szablonowo. Jakikolwiek przejaw kreatywności jest tłumiony przez
uwagi czy ściąganie rodziców do szkoły. Tak było chyba zawsze i
chyba nic tego nie zmieni. A później wszyscy chodzą i marudzą, że
nudno. Nie ma co się dziwić. Ja na przykład przychodzę do szkoły
tylko ze względu na mojego przyjaciela Luke'a. Takie trochę
chucherko z niebieskimi włosami. Choć o włosach w jego przypadku
nie można konkretnie nic powiedzieć bo nigdy nie wiesz jakiego
koloru będą jutro. Tak więc poprawnie można powiedzieć, że
ostatnio jak go widziałem były niebieskie.
Nie
jest dziś nawet tak nudno, dwie godziny matmy potem geografia,
historia i dwie godziny języków. Powinniśmy mieć jeszcze trzy
godziny zajęć praktycznych w terenie ale okazało się, że nasza
klasa została wybrana do robienia widowni na jakimś konkursie. Nie
powiem, jest mi to na rękę bo za nic nie mam ochoty łazić po
lasach czy jakiś łąkach. Zostało jakieś pięć minut do
rozpoczęcia więc oczywiście mój głodny przyjaciel musi grzać
miejsce w kolejce do sklepiku. Wiecznie nie na żarty.
- Czy
to nie może się pośpieszyć? Głodny jestem!
-
Luke ogarnij. Masz jeszcze przecież dwa batony i kanapki.
- Noo
nie mam.
- Nie
wnikam.
Rozmawialibyśmy
dłużej gdyby nie to że Luke zrobił się dziwny. Zaczął machać
dziwnie rękami i swoim wzrokiem bardzo chciał mi coś pokazać. Z
mojej perspektywy wyglądało to dość zabawnie jednak powstrzymałem
się od śmiechu i grzecznie odwróciłem się w stronę, którą tak
subtelnie wskazywał mi Luke.
I
co? Pewnie myślicie, że zaraz napiszę, że stoi tam mój blond
aniołek? Że spojrzeliśmy sobie prosto w oczy i zakochaliśmy się
w sobie od razu? Pff.. Po zobaczeniu TEGO co miałem uciekłem na
aulę szybciej niż Luke zdążył mrugnąć. Nigdy się niczego nie
bałem. Zawsze to inni bali się mnie ale Lily to jedna z tych osób,
na które nie patrzy się dłużej niż 4 sekundy. W gimnazjum, była
w mojej klasie. Nie miał bym nic do niej gdyby nie to że była
psychiczna a na dodatek stałem się jej obiektem westchnień. Kiedyś
mieliśmy robić razem projekt więc pojechałem do niej. Calutki
pokój był oblepiony moimi zdjęciami o których nawet nie miałem
pojęcia. Nawet był ołtarzyk. Zawsze mnie mdli kiedy o tym myślę..
Grr.
Tak
więc zająłem nam miejsca gdzieś blisko podestu i czekam. Od
niepamiętnych czasów kiedy tylko odbywały się jakieś konkursy
czy występy bawiliśmy się z Luke'iem w jury i ocenialiśmy
występy. Oczywiście swoją opinię wypowiadaliśmy głośno ażeby
uczestnicy wydarzenia mogli nas usłyszeć. Nie ważne czy były
pozytywne czy negatywne, ważna była zabawa.
No i pięknie. Luke z rozbawioną miną zasiadający obok mnie
oznaczał męczenie mnie głupimi tekstami. Nie znoszę tego. Moim
wybawieniem właśnie stał się dźwięk dzwonka. Mogliśmy
zaczynać. Na pierwszy ognień poszła jakaś Edvige, którą
kojarzyłem z podstawówki. Ogólnie laska ma nie najgorszy głos ale
chyba widziałbym ją w jakimś bardziej energetycznym kawałku. No
wiecie taki jakby skocznej. Gdzie na scenie się dzieje a pod nią to
już lepiej nawet nie wspominać. Jakieś tancerki, rozwalanie gitar,
krótkie sukienki, pończoszki... Nie, dobra stop. To po prostu nie
była piosenka dla niej.Następna była Patrizia i w sumie to
dalej nie pamiętam co się działo. Moje bębenki po prosu nie
wytrzymały tego skrzeku. I po minie Luke'a mogę stwierdzić
spokojnie, że musiałem stracić przytomność. Kurcze, brakowało
mi tego "czegoś" w tych laskach. Zero wczucia się. Zero
jakiejkolwiek gry aktorskiej, którą nawet wielcy wokaliści
uprawiają. Ku mojej uciesze zapowiedzieli ostatnią wokalistkę.
Swoją drogą to ciekawe bo nie było żadnego faceta. Dobra dalej..
Tak właściwie to dotarło do mnie że w cale nie muszę tu
siedzieć. Moje wyjście ażeby się nie spóźnić na japoński
zostało zakłócone czymś co mnie nie mało zaskoczyło. A raczej
kimś. Na środku czegoś co miało przypominać scenę stała ona.
Oj tak, dziś prezentowała się jeszcze lepiej niż zwykle. Mimo iż
gonił mnie czas, niesamowicie bardzo chciałem posłuchać jak
śpiewa. Ech dlaczego nawet na mnie nie spojrzy? Tuuuutaj! Zdaje się,
że tak pochłonął ją występ, że nie zwraca uwagi na to co się
dzieje na około niej. Szkoda, że nie słuchałem za bardzo jak ją
zapowiadali.. Jak masz na imię? Chyba nigdy się nie dowiem. Powiem
szczerze, że nie raz słyszałem ten utwór ale jakoś nigdy do mnie
nie przemawiał. Choć pewnie od dziś mogę stanowczo stwierdzić, że
to moja ulubiona piosenka. Widać było, że mój aniołek dobrze się
w niej czuł. Tańczyła, wariowała podrywała tłum. To jest to o
czym wcześniej wspomniałem. To ta "gra" Nie potrafiłem
oderwać od niej wzroku. Rany. Jak to jedna laska może namieszać w
głowie.
Ostatnie dźwięki wypłynęły z głośników a ja
zerwałem sie na proste nogi i zacząłem klaskać. Przez chwilę
pomyślałem, że to może być moja szansa. No ba! To była moja
szansa! Wystarczyło, żebym dostał się za "kulisy" czyli
za tą śmieszną zasłonę, która miała odgradzać uczestników od
widowni. Nie było to jakiś specjalny trud więc szybko
prześlizgnąłem się na drugą stronę kotary. Była tam. Zdawała
się jakby czekać na mnie. A ja? No właśnie.. z tego całego
wrażenia nie byłem w stanie dać ani jednego kroku do przodu. Jedno
jej spojrzenie na moją osobę sprawiło, że przyrosłem do ziemi z
wypisanym strachem na twarzy.
Przepraszam od razu za jakiekolwiek błędy. Oceńcie, wyraźcie opinię. Na pewno mi tym pomożecie. :P